Obudziłem się zlany potem. Oddychałem ciężko.
Wyrwany brutalnie ze snu, zmęczony i wykończony staram się złapać oddech. Serce wali jak szalone. Przez chwilę nawet nie wiedziałem gdzie jestem. Teraz poznaję. Leżę na swojej pryczy i poznaję przedmioty wokół mnie. Ten sen był tak prawdziwy, że bolał.
Światło wpada przez przydymione mleczne brudne okno, wyświetlając na ścianie świetlisty zniekształcony prostokąt, który jest jak cenny obraz bez ram na pustej wielkiej, podrapanej ścianie. Kontempluje tę sztukę samotnie każdego kolejnego dnia, który mi pozostał. Obraz codziennie jest inny lub go wcale nie ma. W deszczowy, pochmurny dzień nie istnieje. Teraz nawet zastanawiam się czy jest prawdziwy. Jak pięknie musi być dziś poza murami mojej aktualnej rzeczywistości - myślę. Aktualnej od 25 lat. Te promienie, wstęgi świetlne, błyszczące jak nici pajęcze srebrzące się i mieniące długie kolumnowe twory padającego światła o poranku w mojej prywatnej galerii są jak słupy w wielkiej opuszczonej świątyni, monumentalnej boskiej katedrze. Światło jest tu nie tylko chwilowym gościem ale i twórcą, rzeźbiarzem architektonicznych fotonów. Zachwyt mnie wypełnia. Uspokaja.
Prycza, kibel , mały stolik pod oknem. Tyle. Dosłownie. Cela w której żyje, w której umrę. Zamknięte od zewnątrz pudło. Podłoga mocno wytarta, wyślizgana, od kilometrowych spacerów, które miały tu miejsce. Betonowa, zimna i niezniszczalna. Ściany lekko zielonkawe z odcieniem wpadającym w zimny niebieski, obdrapane, wielokrotnie przemalowywane co stwierdzam po przebijających różnych kolorach no i sporo wyrytych, wyskrobanych napisów przez poprzednich lokatorów tego muzeum. Jeden szczególnie do mnie przemawia i ryje mi banie, gapię się na niego, codziennie zaraz po przebudzeniu. Umiejscowiony jest tak, że widzę go zaraz gdy tylko otworzę oczy. Celowy zabieg autora by wyrył się nie tylko na ścianie.
„Marność nad marnościami — wszystko marność.”
Czytam go i inne, choć nie muszę bo znam tę ścienną księgę na pamięć. Widzę ją gdy zamykam oczy.
Ciężka metalowa zasuwa koloru zielonego, przez którą podawane są posiłki, ruszyła się głośno. Przez otwór wsunięto metalową powyginaną i wgniecioną miejscami tacę z jedzeniem. Na niej gorąca pomidorowa z ryżem, pierogi z serem i śmietaną. I piwo. Na śniadanie? Dziwne.
Borucki! Bierzcie to już. Nie opierdalać się. Nie będę tu czekał w nieskończoność!
Niewiele myśląc odbieram tacę i siadam przy stoliku.Zaczynam konsumować.
Smacznego, Borucki.Jedz powoli, przecież nigdzie się nie wybierasz. Hehe!
Rechocze odchodząc. Zbychu. Dobrze znam jego głos. Po tylu latach, kiedy słyszysz w zasadzie jeden głos uczysz się go i rozpoznajesz każdy niuans. i nastrój człowieka. Wiesz nawet czy Zbychu wstał dziś lewą nogą, czy żona mu dała. i co było na śniadanie. Nawet jeśli próbuje to ukryć. Pierogi mogłyby być lepsze. Rozlewam browara w ustach i chlupoczę nim na lewo na prawo, cudowne uczucie. Mlaszczę sobie.
Siedzę tu tak długo, że już zapomniałem za co. Wszystkie wersje wydarzeń już mi się zlały w jedno nieczytelne opowiadanie z marnym zakończeniem. Nie wiem co było prawdą, co jest faktem a co fikcją. Za dużo wersji tej samej rzeczywistości. Jebać. Pozamiatane. Sytuacja bez wyjścia. Światło głaszcze mnie po twarzy. Odruchowo wyciągam szyję by być jeszcze bliżej tego ciepła. Wdycham powietrze, udaję, że jest rześkie i świeże bo okna się tu nie otwierają. Nie zjem wszystkich. Zostawię sobie na później. Śmietana zbyt kwaśna.
Skończyłeś! Zbychu nieco agresywnie, jednak mu nie dała a zupa była za słona. Nigdy nie widziałem jego twarzy. Jedynie fragment, wycinek obrazu jak z gazety, wydarty kawałek twarzy, kiedy nachylał się i patrzył na mnie przez szparę do wsuwania posiłków.
Tak — odpowiadam spokojnie, najedzony, błogi.
Nagły chrzęst metalu, tarcie klucza o zębatki starego zamka i przekręcający się opornie klucz wytrąca mnie z błogiej chwili. Grube metalowe drzwi otwierają się z piskiem. Dwóch krępych strażników wchodzi do mojego pudła, chwyta mnie pod ramiona mocno ściskając.
Co jest — Kurwa!?
To dziś - mówi Zbychu.
Co dziś? No tak! Ja pierdole! Olśnienie. Błysk rozświetlił mi nagle moje w mroku pozastające od dłuższego czasu leniwe neurony. Pomidorowa to nie przypadek. Dobrze, że chwyciły mnie silne ręce bo nogi odmówiły mi natychmiastowo posłuszeństwa. Wyciągają mnie brutalnie z celi nim zdążę zaprotestować, Nogi bezwładnie suną ciągnięte po betonowej posadzce. Jakbym nigdy nie chodził, jakbym był sparaliżowany.
Ciągną mnie jak kukłę przez korytarz a ja robie się coraz cięższy. Grawitacja mnie przygniata. Widzę jakieś twarze, spoglądające na mnie przez kraty. Mózg jakby nie chce zapalić. Staram się przekręcić myśl w stacyjce ale nie odpala. Umysł też sparaliżowany. Obudź się, Borucki! Myśl! Dźwięki bezczelne i dudniące, napierdalających metalowych kubków o żeliwne kraty nie pomagają się skupić. Więźniowie szaleją, wyją. Krzyki, łomot dźwięków, kakofonia, a ja zamroczony, odcięty fizycznie i psychicznie — bezwładny, bezbronny, taszczony.
Wy-pie-rda-laj! Wy-pie-rda-laj! Krzyczą.
Zbieram się w sobie i zaczynam zapierać się nogami. Nie! Jeszcze nie teraz! błagam, kurwa! Nie jestem gotowy! Podeszwy gumowe nie mogą stawić oporu sile, która mnie wlecze. Usilnie pragnę się czegoś złapać i to skończyć, zatrzymać
Spokojnie Borucki, to nie potrwa długo. - Zbychu kłamie. Znam ten ton.
To koniec. Myśl odpaliła wreszcie i nabrała przyspieszenia. W ustach mi zaschło. Prawie zemdlałem, ale nie pozwolili mi upaść. Jakby wyssano ze mnie każdy kilodżul energii. Myśl, że to koniec - to ona tozrobiła - ona jest za to odpowiedzialna. Głowa wisi mi jakby odcięta bezładnie, wszystko zwalnia, nawet wolniej niż slow-motion. Strach właśnie tu mnie dopada i zaciska szczęki na moim gardle. Trzyma mocno swoją ofiarę, moje sparaliżowane ciało, doszczętnie sztywnieje i nie protestuje. Drzwi otwierają się, trwa to godzinę, powoli zawiasy okrutne puszczają, a dźwięk, mi bębenki przebija, wierci, rozrywa. Drzwi uchylając się stopniowo odkrywają tajemnicę pomieszczenia. Drewniane toporne krzesło z pasami i przewodami. Stoi, czeka i zaprasza.
Opadam, ulatuje. Nie czuję nic. To koniec. Cicho tak jakoś się zrobiło i ciemno. Zemdlałem ? Sadzają mnie na krześle. Najpierw pasy. Ręce i nogi. Skórzane i nadpalone lekko pasy z dziurkami i metalową sprzączką. Dociągają mocno aż coś poczułem trochę jakby ból. Patrzę w dół i widzę moje ręce. Zawsze je lubiłem. Patrzę i poruszam palcami, to oznaka że jeszcze żyję. jeszcze te parę chwil — to prawda. Oddycham.
Paraliż odpuścił lekko, rozglądam się po pokoju. Przesłonięta szyba i wisząca czarna kotara dominuje. Wiem po co ona. Nie wiem, czy to ja będę oglądać przez te szybę ostatnie przedstawienie, czy widzowie. Jeden teatr, dwa przedstawienia. Moje ostatnie. Ciekawe, kto przyszedł, zobaczyć moj koniec, moją karę. Wrogowie, przyjaciele, i kto mnie zakopie. Ile ludzi przyjdzie? Czy zmartwychwstanę? Czy będę kotem w następnym wcieleniu? Chciałbym tak.
Wielka metalowa opaska znalazła się na mojej ogolonej głowie. Dwie wielkie śruby zostały dokręcone tak by dobrze przylegała do skóry. Ktoś mocował się z wielką wtyczką i grubym przewodem, wciskając ją od góry w gniazdo. Pewnie wyglądam teraz jak żarówka - prawie się zaśmiałem. Patrzę tym wszystkim co tu są prosto w oczy, szukając ratunku. Oni jednak uciekają gdzieś wzrokiem, patrzą nie patrząc. Człowiek w obliczu pewnej śmierci, chce najbardziej żyć. Czuję wszystko. Podwójnie. Chcę żyć. Jedno jak kryształ uczucie. Zer o wątpliwości i szumu. Ale nie słyszę żadnych dźwięków. tylko to, co myślę. Bardzo wyraźnie z nienaganną dykcją. Kątem oka widzę wielką czerwona wajchę. A nad nią czarny drukowany napis 2000v. Kotara drgnęła, zaczęła się rozsuwać. Ciekawość utrzymywała moje powieki w górze, jak dwie nadpalone zapałki wetknięte po to bym przypadkiem nie zamknął oczu. Nawet ciekawość chciała mnie ukarać. Zero litości. Nikogo tam nie ma. Za szybą widać tylko rzędy pustych krzeseł. Poczułem smutek. Dla nikogo nie byłem ważny. Nikt mnie nie kochał, nikt mnie nie nienawidził. Dla świata jestem bez znaczenia. Zaraz zniknę i chuj z tego. Nikt nie zauważy, nikt nie zapłacze, nikomu nie będzie przykro. Zbychu tylko stoi w rogu, jedną ręką trzyma już dużą wajchę, a drugą mi macha żegnając - szyderczo. Może ostatnie słowo? Życzenie? papieros? To już. Koniec. Nic nie poczułem.
Obudziłem się zlany potem. Oddychałem ciężko.
Zostaw maila. Odezwę się, kiedy będzie o czymś.