klik klik klik
1 września 2026
Narracja ElevenLabs — możesz czytać i słuchać jednocześnie.
Nara.
Część 1. - Kuszenie
W centrum mojego pokoju, w moim wynajmowanym mieszkaniu, czyli właściwie nie moim, które przypomina kartonowe kwadratowe pudło bez ścian, stoi krzywo kwadratowy stary stolik z nogami wykonanymi z cienkich powycieranych rurek. Blat jest cienki, pokryty fornirem, a na nim syf. Niedopita wielka butelka taniego rumu, szklanka z odciśniętymi paluchami, stara nadgryziona kajzerka, wkoło pełno okruchów - pozostałości mojego systematycznego lenistwa. Jest też wygnieciona gazeta sprzed miesiąca, a na niej leży, odpoczywa stary rewolwer. Prawdziwy. Przy stoliku tuż pod ścianą stoi wielka wysiedziana zmęczona kanapa, opiera się resztkami sił o ścianę i drapie tynk. W oddali, lewituje i migocze telewizor, do którego od dłuższego czasu nie mogę znaleść pilota, baterii zresztą też nie mogę znaleść. Nawet to dobrze, znalezienie pilota skutkowało by kolejnym problemem. Na szczęście głos jest wyłączony. Lubię ciszę. Wystarczają mi same migające obrazy. To obecnie jedyne źródło światła, bo okno zalepione jest czarną streczową folią, którą umocowałem szarą taśmą samoprzylepną do obdrapanych ram. Dlaczego? Prozaiczny powód. Gorąco, brak klimatyzacji a za oknem od miesiąca żar. Dziwi mnie to, że folia jeszcze nie zmieniła swojego stanu skupienia i nie zaczęła kapać lejąca na parapet. Na razie działa. Jest jeszcze szafa z ikei, tak bezimienna i prosta, że nawet nie da się jej opisać. Ważne, że pojemna i jakoś jeszcze stoi. Wszystko to mam upchane na tym małym kwadracie z kwadratowym dywanem na środku i stolikiem. Całe życie upchane jak w walizce podróżnej, która zawsze okazuje się za mała, gdziekolwiek byś się nie wybierał. Wspomnienia, porażki i jeszcze więcej porażek upchane w niedomykającej się małej skrzynce na zamek błyskawiczny. Zawsze można dopchać kolanem lub łokciem jak nie mieści się kolejna porażka. To wszystko na kilku metrach kwadratowych, które niewątpliwie zmieściłby by jeszcze więcej upadku i wstydu. Nie wiem, skąd to moje zamiłowanie do sześcianów, długo szukałem idealnego mieszkania, które będzie miało perfekcyjnie kwadratowy pokój. M kwadrat. Uspokaja mnie ten matematyczny porządek. NIe wiem, ludzie wierzą w różne cuda. Ja tam wierzę w metry i nie wiem skąd to mam. Pudło bez ścian a mimo to czuję się tu uwięziony na zawsze w tej otwartej zagraconej przestrzeni.
Patrzę na niego codziennie, magnetycznie przyciąga mój wzrok za każdym razem, jak znajdę się w zasięgu jego pola przyciągania. Piękny jest, stary ale jeszcze lśni, pasuje tu - komponuje się idealnie. Ktoś kiedyś bardzo o niego dbał. Ja za to nie dbam o niego w ogóle. Nie będzie mi już potem potrzebny. Rewolwer jednorazowy. Najbardziej podoba mi się ten obracany bęben, który wydaje metaliczne cykanie gdy obracam go otwartą dłonią. Klik, klik, klik. Lubię go dotykać i czuć jego ciężar i mentalny chłód. Przenikliwe, przyjemne doznanie mrowienia rozlewa się na całe ciało, wędruje gdy go unoszę. Ciężar fizyczny i ciężar odpowiedzialności razem odczuwalny, dlatego jest dwa razy cięższy niż waży w rzeczywistości. Ciężar do kwadratu. Jednym ruchem nadgarstka wyrzucam bęben na zewnątrz. Widziałem to wielokrotnie na filmach. Podnoszę go na wysokość oczu i przyglądam się głuchej komorze. Są tylko 3 naboje. W zupełności wystarczą - pomyślałem. Więcej to tylko nadmiar. Dwie zostaną. Będą dalej błyszczeć bez powodu. Zamykam i odkładam go szybko na ujebany stół, naciągam na niego gazetę, ma sprawić, że rewolwer zniknie mi z oczu na jakiś czas. Sięgam po ciężką szklaną butelkę rumu. Muszę się napić, zmęczyłem się. Myślę o tym od tygodnia. W zasadzie to kołacze mi to w głowie od dłuższego czasu ale właśnie teraz mam to wszystko na wyciągnięcie ręki. Nigdy myślami i ręką i uczynkiem nie byłem tak blisko. Momentami nie mogę ani drgnąć. Nie mam siły by ruszyć moją starą rękę, którą jeszcze działa ale drży przy byle wysiłku. Siedzę tak w zapadniętej kanapie, jak sparaliżowany chory człowiek i jedynie co mogę robić to myśleć i przewracać moimi starymi gałkami, które nie są już ani białe ani żywe. Myślę wtedy o grawitacji, o sile mojej woli, która bardzo chce ale ciało protestuje, sprzeciwia się w bezruchu. Te stany odrętwienia trwają długo, czasem nawet po kilka godzin. Wlepiam wtedy gałki w ruchome obrazy a światło z telewizora odbija różne wzory na mojej pomarszczonej twarzy. Nie walczę nawet z tym, daję się ponieść. Nie wysilam woli by coś zmienić, dobrze mi w tym stanie. Lewituję, czuję się lekko. Oderwany od wszystkiego. Mam tak od pewnego czasu. Od czasu, gdy zrozumiałem, że nie ma w tym życiu nic nadzwyczajnego co karmiło by moją wolę, dawałoby jej cukier do jej mięśni i wygrywało z grawitacją beznadziejności. Kanapa, gdzie siedzę każdego wieczoru przybrała już nawet kształt mego pokurczonego ciała jak pianka poliuretanowa. Stanowimy zmęczoną jedność. Dostosowała się do mnie moja stara kanapa, pasujemy do siebie jak puzzle. Wręcz mnie obejmuje, zatrzymując. Jakby wiedziała, że zamierzam odejść.
Część 2 - Niepewność
Dźwięk przechodzi swobodnie przez kartonowy tynk bez wysiłku, słyszę go bardzo wyraźnie. Przenika przez popękane rowki. Sąsiad ogląda telewizję i rechocze pełną gębą. To dla mnie od wielu dni jedyny dowód, że po drugiej stronie pudła istnieje marne życie. Siedzi tam głupi nic nie świadomy i rechocze. Telewizor tak napierdala, że nie usłyszy głośnego zakończenia. Nie odnotuje różnicy między ciszą a hukiem. Zazdroszczę mu niemyślenia. Chłonie wszystko, żre i nie zastanawia się za wiele. Teraz śmieję się jakby głośniej. No tak: reklama. Przez chwilę zastanawiam się czy pozbędą się tych plam, czy zostaną na zawsze na tym szarym tekturowym tynku. Zamalują- myślę. Zatrą ślady. Wybielą. Zniknie to wszystko, jak ja bez śladu. Może powinienem rozłożyć folię? Sięgam dłonią do fornirowego stolika by znów go pogłaskać. Znam już każdy szczegół i zadrapanie na drewnianej polakierowanej rękojeści i ciemnoszarych stalowych elementach. Drugą ręką nalewam znów rum do brudnej otłuszczonej szklanki, na której jeszcze wyraźniej widzę wszystkie odciski swoich starych palców. Linie są wyraźne, nie będzie problemu z identyfikacją. Zagryzam starą kajzerką, którą kupiłem jakiś tydzień temu, dobrze, że mam te wypustki dziurawe kostne, kolebiące się dziwnie co kiedyś były zębami. Kanapa dziś lżej trzyma. Grawitacja mniejsza, inny układ planet i ciał depresyjnych, myśli mogą się wzbić oderwać się od dna, zmienić trajektorię. Morgan rozlewa się między okruchami starej bułki i wykrzywionymi nierównymi zębami z modeliny. Spływa po ściankach przez podrażniony przełyk i rozlewa się ciepło na owrzodzony i zniszczony substancjami żołądek. Nie oszczędzałem go w ogóle. On nie ma ścian ma tylko wielkie napęczniałe jak balon wrzody. Przyjemne jest to picie w tych czasach nie przyjemności. Bo co mi pozostało? Nie może pozostać nic z niczego. To fizycznie nie możliwe. Nie ma takiego prawa. Zresztą chuj z tym. Ważne, że mi ciepło. a wrzody jeszcze nie pękają. Ten znów rechocze jebany. Szczęściarz.
W takich momentach, kiedy siła ciążenia słabnie, waham się. Rewolwer mniej pewnie w dłoni leży, ręka drga i się boi. Nabrał wagi, czuje teraz jaki jest ciężki, niepewność ciąży dodatkowo. Na szczęście dla mnie ten stan trwa krótko. Szybko przypominam sobie co robię w tym pudle bez ścian. Dlaczego tu jestem i dlaczego gapię się w kłamliwe obrazy i liczę kule w komorach. Klik. Klik. Klik. Głaszczę czule ten bęben. No Zajebisty.
Część 3 - Dlaczego?
Nie potrafię sobie przypomnieć kiedy to się stało. Jak wrosłem w tę kanapę bezsilności? Jak sprężyny się zapadły, zaplotły się wokół moich koślawych i chudych nóg, oplotły mój mózg i moją słabą już od urodzenia wolę i stałem się jej częścią. Pamiętam dzień, kiedy jeszcze wstawałem bez wysiłku. Uśmiechnięty. Co tu się odjebało? Kiedy? Jak można tego nie zauważyć? Latami! Palcami przesuwam po krawędzi kanapy w poszukiwaniu szwu, momentu pęknięcia, załamania. Namacalnego dowodu upływu czasu i punktów krytycznych. Szukam fizycznego potwierdzenia daty, by oszacować ten stracony czas. Ile lat minęło? Bęben rewolweru kręci się pod moim kciukiem. Klik, klik. Klik. Ten dźwięk odmierza czas, co mi pozostał. Nad tym jedynie mogę zapanować. Nad nim mam władzę, nad pozostałym mi czasem. To ja decyduję. Ja decyduję ile. Upajam się tą myślą i Morganem. Jesteś kowalem swojego losu. Gówno! Przez całe życie wciskali nam tę gówno prawdę, że możesz kuć swój los. Dwie przypadkowe osoby pieprzą się i oto jesteś. Cud. Wybierałeś? Decydowałeś? O kurwa! Dlaczego jestem czarny? Eureka! Nikt nie pyta Cię o zdanie? Wybacz. Kowal nie istnieje. Życie to tylko może ci przypierdolić młotem, obić i sponiewierać. Nie ma gwarancji wygranej. Ci którym się udało kłamią, że każdy krok był zaplanowany. Przemyślany. To nieprawda. Pycha i sukces nie pozwalają mówić o szczęściu, odpowiednim czasie, o ziarnie, które padło na żyzną glebę, że warunki były dobre. Udało się. Fart. Nie znaczy to, że wysiłek jest bez znaczenia . O nie! Wysiłek daje ci jakiekolwiek szanse w tym obliczonym na sukces świecie. Ja je dziś wyrównam, przechylę szalę na moją korzyść, oszukam. Zwiększę moje szanse w tym pudle, bez firan, bez ścian, bez perspektyw , bez nadzieji, gdzie nawet lampa świeci tak, jakby już przegrała, Siedzę, kanapa mnie obejmuje a ja oddycham spokojnie i właśnie postanowiłem: Zapanuję nad czasem. Czasem, co mi pozostał.
Mój koślawy zmęczony pracą przez całe życie dla innych palec szuka spustu i zostaje tam bez ruchu. Nie trzęsie się już, uspokaja go ten chłód i mrowienie. Jakby rewolwer decydował, ściągał ze mnie ciężar decyzji. Morgan w gardle staje się cierpki i gorzki, wypłukuje resztki kajzerki ze szpar, bulgocze jak przy płukaniu resztek pasty po porannym myciu paszczy. Liczę od nowa, choć wiem, ile mam kul. Jeden, dwa, trzy. Klik, klik, klik. Kręcę kołem fortuny. Totalnie panuję nad wynikiem. Skreśliłem zwycięskie sześć liczb. Szóstka!
Wiesz, dlaczego wybrałem rewolwer? Bo on nie może się zaciąć. Gdy jeden nabój nie wystrzeli, bębenek w kolejnej komorze podaje ci kolejną szansę zanim wystraszysz się własnej pustki nieistnienia i odpuścisz. Za to pistolet potrafi zawieść, zaciąć się. Wszystko zjebać jak człowiek. Zamek zacina się z martwym nabojem w komorze a ty nadal żyjesz, oblany potem, zesrany, zesztywniały, zdziwiony i bezsilny By go ponownie uruchomić potrzeba natychmiast twojego przytomnego umysłu by dokończyć. Niewykonalne... za dużo, nie w tej chwili. Rewolwer jest inny. Wybacza niewypał. Porażkę. Rewolwer Miłosierny.
Część 4 - Decyzja
Przykładam chłodną lufę do skroni. Decyduje, choć przez chwilę się waham czy nie włożyć jej do ust ale wydaje mi się, że to nie higieniczne. Często myślałem o tym jak to będzie. Wyobrażałem sobie te chwilę z wszystkimi szczegółami. Jak film, kadr po kadrze patrzyłem na siebie przez wizjer kamery z obiektywem anamorficznym jak siedzę na kanapie w wyciągniętych dresach nieruchomo w pozycji do strzału. Czy coś poczuję, czy dam radę? Czy się uda? Czy się nie zesram ze strachu przed tym czy dopiero zwieracz puści po tym jak kula rozjebie ten marny mózg? Czy mam jaja? Czy to naprawdę będzie koniec? Teraz gdy lufa dotyka mojej skroni, czuję znieczulenie, nie wiem czy to nie reakcja mojego ciała w obronie by to wogóle udźwignąć ten moment. Oto jestem. Jestem Bogiem. Stałem się. Decyduję. Boży palec trzymam na spuście. Zbliżenie na paluch i kamera lekko się oddala. Cut! Zamknięte oczy, moje czoło i lufa, która nie błyszczy — kamera zastygła, kadr statyczny, napięcie. Nie myślę o tym od czego się uwolnię. myślę tylko tym, że sprawuję kontrolę totalną. Moja wola nabiera pewności siebie. Całe życie uczą nas w tych niewygodnych poustawianych od linijki ławkach udawać, ze mamy nad życiem kontrole. Plan, lista, to-do. Pracuj. Zwyciężaj. Wbijają nam w te małe niewinne, zawszone i nasrane gnidami główki, jak żyć, jakie punkty należy odhaczyć, co robić, jak być, jak umierać, jak zadowalać innych. Gotowe odpowiedzi i lekarstwa na każde pytanie. Oferują złudzenie kontroli, antidotum ludzkości, narkotyk byś był posłuszny, uzależniony i tępy. Twój los w twoich rękach — brzmi jak dobra reklama, slogan reklamowy, mantra w której zmuszają cie byś wierzył. Koncert kłamstw i obietnic w twoim najlepszym prime time młodości. Nie myśl, że zwariowałem. To tylko kwestia czasu. Spust trzeba wcisnąć. Każdego z nas to czeka. Nie uciekniemy. Stoimy wszyscy w tej kolejce do rzeźni. Rzeźnia globalna. Można kogoś przepuścić, oszukać trochę przeznaczenie, wyrwać dodatkową godzinkę, ale w ostatecznym rozrachunku - sam wiesz co. Zdychasz. Ja Nie będę czekał jak łajza na ten los, przeznaczenie, przypadek, aż mnie coś pierdolnie, zabije, zniszczy lub ocali lub coś przykuje mnie do łóżka i będę jak roślina świadoma, nieruchoma Idzie rak nieborak. Czyż tak nie jest? A ku ku! Niespodzianka! Pierdole! Sam zadecyduję. Widziałem wystarczająco dużo, aż gałki się zepsuły od tego patrzenia. Znudziło mnie to marne ludzkie gówno i bezradność. Jako gatunek nie stać nas na więcej. Nara.
klik.
I tyle. I nic. Tak, tak właśnie to będzie.

Zostaw maila. Odezwę się, kiedy będzie o czymś.