superpozycja
3 sierpnia 2026
Sypialnia jest niepozorna, z małym drewnianym oknem umieszczonym centralnie na poddaszu, które od zewnątrz ma zamkniętą ciężką okiennicę z małymi szparami między deskami. Chroni ona przed porywistym wiatrem, tu u nas w górach potrafi nieźle dmuchać. Na wszelki wypadek zamocowałem też wielki metalowy haczyk, który trzyma wszystko dodatkowo od wewnątrz. Lubię te moją ciemną norę. Co noc zagrzebuje się pod kołdrą i zasypiam bezpiecznie jak szczur w swoim legowisku. To tu, do tej nory znoszę wszystkie swoje skarby i chowam w szufladzie nocnego stolika.
To nie jest szuflada porażek. Tam jest mój najlepszy dorobek. Skarby nieprzebrane. Trzymam je tam, bez kłódki i złotego klucza. Nikt nie wpadnie na to, że jest tam coś cennego. Zamknąłem też tam przyszłość i przeszłość oraz małe mydło aloesowe, które dostałem od matki, takie jasno zielonkawe. Bo szuflada miała dziwny zapach, drewno wygląda solidnie, ale w środku pachniało nieco ponuro. Jako, że matka zawsze powtarza: wkładaj synuś mydło do szafek. Ubranka będą pachnieć. Mydło zabija smród na śmierć! - powtarza. Jakbym o tym nie wiedział. Matka jednak zawsze musi swoje, choć już nie jest taką pedantką jak była kiedyś a ja nie jestem dzieckiem.
Przechowuję tam notesy pełne idealnych pomysłów, planów. Rysunki, planery i kalendarze oraz ulubioną myszkę Diego. Amulety, listy, kamienie magiczne na szczęście, cenna harmonijka ustna w niebieskim opakowaniu. Trochę już ciasno i z wiekiem wszystkiego przybywa, szuflada ledwo się domyka. Na szczęście mam też drugą po drugiej stronie mojego gniazda. Cała pusta. Czeka na nowych lokatorów - tylko, że mydła już nie mam.
Każda z tych rzeczy, która tam jest, jest idealna. Bo moja. Ta powieść w szufladzie jest genialna, nie skończona co prawda, nie sprawdzona, więc też nieomylna. Scenariusze na dobre filmy, które wgniotą widzów w fotel i wyryją im cyrklem rysę w pamięci na zawsze, niezapomniane obrazy, bolące. Wiersze piękne, listy ciekawe, pomysły, zajebiste plany na milionowe biznesy i szeroko pojęte plany na konstrukcję osobistego szczęścia. Złoto w sztabkach papierowych. Wszystko to sobie tam grzecznie leży jak w sejfie. Czeka.
Zaglądam tam często ale dziś dostrzegam coś jeszcze. Błyszczy i jest jak najcenniejsze, czyste ciężkie złoto. W rogu szuflady tuż za wyszczerbionym aloesowym mydlem, siedzi ktoś, mały taki, skurczony i łypie na mnie okiem. W samiuteńkim idealnym dziewięćdziesięcio-stopniowym narożniku. Wysuwam szufladę bardziej by zobaczyć dokładnie. No siedzi! Nie przewidziało mi się. Siedzi i się nie rusza, zastygł jak grudka. Szkoda że nie mam lupy. Dziadek Marian miał taką ogromną. Mosiężna z drewnianą rączką przez którą z pasją oglądał mrówki. Miał wtedy takie ogromne oko, którym straszył mnie regularnie. Teraz to ja przyglądam się tym wielkim okiem, temu czemuś. Ubrany jak ja, i patrzy jak ja. No to ja! W rogu siedzę ja ale taki malutki. Miniaturka człowieczka, krasnoludek. Co jest kurwa?! Tak to Ja! Bez wątpienia! Siedzę i błyszczę, drapię się lewą ręką po dupie. Pewnie jakaś drzazga - myślę. Jestem cały jakby metalowy. Kolor mam taki jak wypolerowana przez ręce mała mosiężna klamka w kształcie kuli. Taki złoty ale nie do końca.
Zatrzaskuję w panice szufladę, mało nie urwałem uchwytu. Po chwili uchylam szufladę, czuję aloesowy zapach i ponownie sprawdzam czy to prawda, co widziałem przed chwilą. No siedzi tam. Najwyraźniej nigdzie się nie wybiera. Błyszczy i razi. O! I przestał drapać się po dupie. Nagle mnie olśniewa! Zrozumiałem! To on! Czyli ja! Mój potencjał. To uu ukrywam go przed światem w drewnianej szufladzie. Idealny ja i wszystkie moje niedokończone dzieła. Ja, który jeszcze może i który się jeszcze nie skompromitował. Ideał chodzący. Siedzący. Gapimy się na siebie, ja okiem wielkiego brata a on malutkim. Nie wierzę co widzę, przecieram oczy nerwowo. Dlaczego ukrywam się w szufladzie Zasuwam ponownie ciężką szufladę i siadam na brzegu lóżka zmęczony ale bezpieczny.
Dopóki nie skończysz, jesteś potencjałem. Skończysz i nagle stajesz się wynikiem. Zamykam oczy i widzę napis WYNIK, jak kolorowy wielki neon ze sklepu Dino. Jarzy się i świeci, czasem zamigoce, dominuje we wsi w ciemności. Wynik jest zawsze gorszy od tego, który miałem w głowie. Zawsze jest mniejszy, brzydki, koślawy, nawet nie remis tylko przegrana. Nie taki jakiego oczekiwałem, nie te kolory. Popsute. Wyblakły, jak papier szary do dupy. Do niczego. Na chuj wyciągałem to z szuflady.
Lepiej zostać nieśmiertelnym potencjalem niż zmierzyć się z beznadziejnym wynikiem. To instynkt samozachowawczy. Racjonalny, skuteczny bezpieczny. Chowam więc wszystko na potem: dokończę kiedyś. Dopóki nie otworzę szuflady przed światem, jestem pisarzem idealnym, tworzę, jestem scenarzystą, malarzem, kucharzem, poetą. Ale gdy ją otwieram, okazuje się, że jestem gościem, co nie dokończył niczego. Zlęknionym potencjałem w kącie. Marzyciel, oszust, frajer, przeciętniak. Nieskończone, nie urodzone, nie skonfrontowane. Nie istniejące. Nie prawdziwe. Nie liczy się! Nie ma.
Nie mam siły siedzieć, opadam miękko na łóżko. Lewituję w tym stanie jak astronauta na safe orbicie od wielu lat. Stan błogi. Stan zawieszenia. Superpozycja. Z punkty kwantowo-mechanicznego jestem pisarzem bo piszę i zarazem nie jestem pisarzem bo nie skończyłem. Obie wersje powieści istnieją jednocześnie. Obie wersje mnie. Stan zawieszenia. Nie otwieram tego pudła. No przecież sam nie zabiję lepszej wersji siebie, to byłoby głupie samobójstwo! Paradoks! Ta wersja żyje dopóki nikt nie patrzy. Nie ocenia. Nie oczekuje wyniku. Po co ryzykować? Tak jest dobrze i bezpieczne w tym szczelnym skafandrze.
Zabiorę te szuflady do grobu i już. 1.7-2.0 metra, nie płycej nie głębiej - takie wymogi - serio. Cmentarzysko ideii. A mógł tyle osiągnąć - będą mówić. Co się stało? Dlaczego? Garść ziemi rzucona niechlujnie ręką starego przyjaciela, który o mnie zapomniał, uderza o drewniane wieko mojej trumny i dudni, że jest już za późno. Unosisz się się nad nimi, krzyczysz: Zajrzyjcie do szuflady! Nikt nie słyszy. Na granicie wyryte: Niewykorzystany potencjał. Mógł, ale nie miał odwagi. Jaka szkoda. Koniec. Tchórz.
Muszę zabić! Dokończyć! Finish him! Każda ukończona rzecz jest krwawym morderstwem wszystkich pozostałych niedokończonych wersji. Egzekucja! Pociągnę wreszcie za ten spust. Nie będę już tym samym człowiekiem. Nigdy! Akcja wywoła reakcję. Nikt nie zatrzyma już tej kuli. Domino wprawione w ruch. Zmierzę się z koślawym wynikiem. Niech pomiar rozstrzygnie moje losy! Wyjdę na ten ring bezbronny, bez rękawic nagi z każdej strony. Wystawię się na ciosy, na wpierdol lub uwielbienie i zachwyt tłumu. Gladiator! Aaaaa! Ave Idea! Tworzący, idący na śmierć pozdrawiają cię! Satysfakcja jest lepsza gdy rodzi się z trudności, potu, startych kolan, wybitych zębów, i ciała wysmaganego batem ukręconym z ludzkich języków, ich ocen, flegmy pogardy, kamieni, beli rzucanych pod moje bose stopy! Im więcej zazdrości, gówna, mieszaniny pogardy i krwi tym lepiej. Próbowałem. Skończyłem. Zobaczcie! Neon wyświetli na tablicy wynik. Kciuk w gorę lub kciuk w dół.
Nawet jak przegram i nie przeżyję tego zderzenia z rozpędzonym, ludzkim pociągiem sukcesu i tak będę lepszy od ciebie. Wróć! Nie lepszy! Wytrwalszy. To wystarczy by być w dzisiejszym świecie dalej niż 98% pozostałych lewitujących na orbicie wygody , lenistwa w konstelacji obietnic. Lepszy wynik w garści niż żaden. Wytrwać, skończyć, dopiąć. Nawet nie trzeba być geniuszem. Prosto i między oczy ci to powiem, nie przeczytasz tego nigdzie. Pierdolisz czy robisz? Subtelna różnica a wielka. Zapamiętaj.
Z zadumy wyrywa mnie ostry dźwięk. Dzwoni telefon. Zostawiłem go na dole. Ledwo zwlekam się z łóżka, Miałem piękny sen, skafander mnie nie uwierał.
Halo?! Dzień dobry. Tak, słucham. Dzwonię bo tak się składa, że mam rozwiązanie. Polecam panu: Nowy początek! Bestseller! 8 miliardów sprzedanych egzemplarzy! To który pan początek wybiera?
Świat oczywiście na mnie żeruje, bo świat zawsze żeruje. Bestia, nienażarta z wielkim obtłuszczonym bebzolem. Popyt - to sukces. Podaż - to nowy początek. Ciągle to samo. Świat sprzedaje mi wyłącznie początki. Wyłącznie! Sprzedają mi motywację opakowaną na różne sposoby. Gównorady zawinięte w papierku obiecanego sukcesu i szczęścia. Nowe początki, nowe resety. Złote metody. Kursy, plany, aplikacje z paskiem postępu, styczniowe promo-karnety, poradniki, kursy, podcasty. Kurs na szczęście w dwunastu ratach, suplement na energię, której i tak nie odzyskam, kredyt na dom, na który nie będzie mnie stać, filozofię życia zapakowaną w rolkę na instagramie. Musisz to mieć! Tym razem będzie inaczej! To działa! Zobacz mi się udało! Rozwój, nauka! Samodyscyplina! Apka na wszystko! Subskrypcja na szczęście.
Konsumowanie motywacji to najlepiej zamaskowana forma prokrastynacji, jaką ludzkość wymyśliła. Metadon dla ambicji i pragnienia sukcesu za wszelką cenę. Trzyma mnie to przy życiu, uzależnia i nigdzie nie zaprowadzi. Chyba że w ślepy zaułek lub przed te same drzwi, których każdy szczegół znam na pamięć. Nie dam się już omamić. Chcę prawdy! Jak bardzo by nie bolała.
Jest ona prostsza niż myślałem. I tak oczywista. że jej nie dostrzegam jak powietrza przed moimi zapuchniętymi oczami. Jestem w niej. Znam rozwiazanie. Być wiernymi, upartym, wierzącym. Muszę kończyć to co zaczynam. Zakończenie to jest ten kolejny zjebany dzień, poniedziałek, wtorek, środa, kiedy siedzę sam nad czymś, co już mnie nie kręci, i po prostu to domykam. Rzygam, jestem zmęczony. Z resztkami wiary na sukces wstukuję ostatnie litery na maszynie: the end. Jest piąta nad ranem, herbata już zimna, idę spać. Właściwie nie. Walę ryjem w stół i zasypiam. Jestem tak zmęczony, że w dupie mam wynik.
Robię to co rano nie z siły charakteru. Z tchórzostwa innego rodzaju. Bardziej boję się wypchanej szuflady niż kompromitacji. Bardziej boję się dnia, w którym pociągnę za konopny sznurek w łazience i zobaczę tego starego kosmitę, co pod pachą trzyma wielką szufladę. Ubrany w najlepsze ciuchy jakie ma do grobu, uśmiecha się do mnie a z drewnianego pudła będą wysypywać się karty z rozdziałami niedokończonej powieści. Tego się boję. Czy w tej trumnie z tym wszystkim się zmieszczę. Dziś wiem, że z jednej skończonej, beznadziejnej książki — zostanie książka. Krzywa, gorsza niż w głowie, ale istniejąca. Wynik. Jaki jest każdy widzi. Nie talent. Nie motywacja. Nie żaden system od guru sukcesu. Tylko gotowość, żeby codziennie wytaszczyć coś z szuflady, skończyć i pokazać światu. Nawet wtedy gdy się nie chce.
Nie polecam. Ale robię.
Szuflada: folder, półka, notes, dysk, głowa. Nie myśl, wyślij ten list, który tam czeka. Pośliń ten znaczek i wjeb ten list do skrzynki, niech leci. Czego się boisz? Śmierci? Nic z tym nie zrobisz. To nieuniknione. Więc zrób co możesz. Spierdalaj z orbity. W skafandrze jest ciasno. Dziwi mnie tylko, że jeszcze tam jesteś. W zasadzie to dobrze, konkurencja mniejsza. Pomyśl.
Ave, Procrastine Minime! — incepturi te salutant. Cras. Semper cras. Numquam hodie.
# Kot Schrödingera - superpozycja - https://pl.wikipedia.org/wiki/Kot_Schrödingera
Zostaw maila. Odezwę się, kiedy będzie o czymś.